Strona główna » Nasze wydawnictwa » luty-marzec, nr 3-4 (110-111) / 2002 » Publicystyka
Bądź na bieżąco z informacjami z Jarosławia, zostaw nam swój e-mail:

Nasze wydawnictwa

luty-marzec, nr 3-4 (110-111) / 2002

Moje harcerskie lata (2)

Wtedy przyszło pierwsze nieśmiałe postanowienie zostania harcerzem w Polsce jak wiadomo, nie było skautów, tylko harcerze. W roku 1932 zapisałem się do Zuchów. Prowadzi je druhna Sippel. Nazywa nas Wilczkami i lubi nas. Trzyma nas krótko, jest wymagająca, uczy nas porządku i karności. Prowadzi z nami gry i zabawy, które uczą nas spostrzegawczości i wyrabiają pamięć. Obserwujemy przez kilka minut wystawę w sklepie, a później w klasie musimy napisać na kartce papieru, co było na tej wystawie. Za pierwszym razem to wypadło kiepsko, ale w miarę ćwiczenia wyniki były coraz to lepsze. Wycieczki były dłuższe do lasu z ogniskiem i gotowaniem herbaty, lub krótsze po mieście i parku. Jeden zastęp zostawiał znaki i listy, a drugi musiał je odszukiwać.

W lipcu '35 jest międzynarodowy zlot harcerstwa w Spale 35-lecie ZHP. Mamy przyjaciółka Pani Jadwiga z Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" namówiła Mamę, a Mama Tatę no i pochodzili, za tym, abym się dostał na ten Zlot. Trudności było sporo, bo nie byłem jeszcze uczniem Gimnazjum i nie należałem do żadnej drużyny harcerskiej. W reprezentacji Hufca Jarosław byłem jedynym, który nie złożył jeszcze Przyrzeczenia i nie miał Krzyża Harcerskiego. Po raz pierwszy w życiu byłem w zespole ludzi zupełnie mi obcych, najmłodszy wiekiem i stopniem. Do tego byłem bardzo nieśmiały. Ale harcerstwo wchłania i angażuje. Druhowie nie dali mi stać na uboczu, czuć się obcym i samotnym.

Na Zlot w Spale jechała reprezentacja Hufca Jarosław, stanowiąca zbiór druhów z różnych drużyn. Bardzo dobry był pomysł Komendanta Hufca, aby tę grupę zakwaterować na cztery dni w koszarach wojskowych 10 DAK za miastem, przy ul. Głębokiej. Po tych kilku dniach nie czułem się już tak obco. W tych koszarach to spaliśmy na piętrowych łóżkach wojskowych. Sienniki były wypchane słomą do granic możliwości tworzyły lekko zaokrąglone grzbiety. Ja miałem szczęście, bo po lewej stronie miałem sąsiada, a po prawej Zbysiu Sokołowicz przysunął swoje piętrowe łóżko do mojego, a drugi bok swojego łóżka zabezpieczył liną. Jeden z najmłodszych, druh Balko spadł w nocy z piętrowego łóżka i złamał obojczyk na żelaznej ramie doInego łóżka. Na Zlot nie pojechał.

Te cztery dni koszarowego życia były pełne zajęć. Zaczęło się od pokazu rolowania koca do tornistra i na konia. Później była budowa linii telefonicznej. Żołnierze pokazywali nam łączność świetlną. To były reflektory osadzone na mocnych statywach, podobnych do używanych przy aparatach fotograficznych. Z reflektorem była sprzężona lunetka do celowania. Zasilanie z akumulatora. Błyski krótkie i długie według alfabetu Morse� a.

W koszarach wizytował nas generał Wieczorkiewicz. Na Zlot wypożyczono nam z wojska tornistry, koce, menażki i troki. Wyglądaliśmy okazale. Tornister załadowany wg instrukcji był ciężki, a ja nie miałem zaprawy turystycznej. Na wycieczki zuchowe brało się tylko coś do jedzenia i do picia. Od stacji kolejowej w Spale do naszego podobozu było ładnych parę kilometrów. Pod koniec marszu druhowie pomagali mi nieść tornister. Spuchłem!

Ogromne lasy spalskie podzielone na obozy, podobozy i hufce tętniły życiem. Przyjechali tu harcerze, z całej Polski, skauci z Węgier, Rumunii, Danii i z wielu innych krajów. Spotykaliśmy się na każdym kroku, próbowaliśmy rozmawiać, wymienialiśmy różne polskie odznaki na zagraniczne lilijki i odznaki skautowskie, posługując się tylko jednym słowem angielskim "change". Na drogach pełnili służbę porządkową harcerze z opaskami. Raz zatrzymali mnie za brak krzyża harcerskiego i polecili mi przypiąć w tym miejscu do bluzy lilijkę. Nie wiedziałem, że nie wolno chodzić w "czystej" bluzie, że musi być odznaka hercerska, lilijka w miejsce krzyża.

13 lipca 1935 wieczorem było duże ognisko całej Chorągwi Lwowskiej. Nas, najmłodszych, bez przyrzeczenia ustawiono w szeregu przed samym ogniskiem. Na prawo od nas stanął poczet sztandarowy Chorągwi Lwowskiej. Składaliśmy na sztandar Harcerskie przyrzeczenie: "Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu". To był niezapomniany wieczór. Po tym ognisku długo nie mogłem usnąć.

Skauci węgierscy mieli przyczepione do kapeluszy pęczki trawy rosnącej na pusztach pod Debreczynem. Ta trawa miała niezwykle delikatne i piękne włoski i nazywała się "włosy sieroty". Jak Węgrzy maszerowali, to wydawało się, że to step faluje, kołysany powiewem wiatru. Udało mi się zdobyć pęczek takiej trawy w zamian za odznakę. Niestety, przepadła w czasie wojny wraz z mundurem harcerskim, na którym była duża prostokątna pomarańczowa naszywka ze spalskim żubrem, oznaka uczestnika Zlotu.

Na stadionie w Spale często odbywały się ćwiczenia i pokazy. Piękne były pokazy Węgrów wykonane wieczorem z lampionami. My ćwiczyliśmy kwadrygi. Kwadrygę tworzyło trzech harcerzy w pierwszym szeregu, dwóch w drugim szeregu i jeden w trzecim szeregu. Trzeci szereg opierał ręce na ramionach drugiego szeregu, drugi szereg na ramionach pierwszego szeregu. Na tych ramionach stawał nogami i trzymał się rękami woźnica. Musiał się dobrze trzymać, bo kwadrygi biegły no i wygrywała najszybsza.

 

cdn.
Jan Porębski
inż. Jan Porębski jest członkiem Oddziału SMJ w Krakowie,
b. pracownikiem Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie
Numery archiwalne
Wrzesień 2019
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30